Księga gości    |    Kontakt    |    Adresy    |    Szukaj    |    Forum    |    Galeria    |    Kartki    |   
  Strona główna
  Zakon i jego historia
  Rok Jubileuszowy
  Pijarski Rok Powołaniowy 2012
  Pijarzy w Polsce
  Biblia
  Sakramenty
  Kwartalnik eSPe
  Pijarzy na świecie
  Duszpasterstwo powołań
  Modlitwa
  Szukającym drogi
  Humor
     Królowa Szkół Pobożnych
     Św. Józef Kalasancjusz
     Rok o. J. Górszczyka
     Aktualności
     Rozważania
     Akcje duszpasterskie
     Rekolekcje
     Świeccy pijarzy
     Katalog www
     Dokumenty, listy i orędzia
     Droga Krzyżowa
     Pijarzy dzieciom
     Ośrodek w Łapszach
     Pijarski kościół w ŁOWICZU
     Z PIJARSKIEGO ARCHIWUM
     Czy wiesz, że...
     Polecamy
     KONKURS na Grób Pański
     Święta Współbraci

E-mail
Hasło
 » Zapomnialem hasła
 » Załóż konto
 Tu jestes: Home :: Strona główna

Najstarsze tradycje bożonarodzeniowe




polskie
tradycje
wigilijne


Trudno znaleźć osobę, która nie lubiłaby Świąt Bożego Narodzenia. Kto nie lubi świątecznych przygotowań, zapachu choinki, karpia i prezentów?
Święta Bożego Narodzenia to czas, na który czeka się przez cały rok. To święta bardzo  rodzinne, przeważnie spędzane w gronie najbliższych - sięgające  tradycjami bardzo dawnych czasów, święta  najważniejsze dla Polaków i jednocześnie najbogatsze w tradycje ludowe. Z Wigilią łączy się wiele wierzeń, wróżb i rytuałów, połączonych wspólną ideą - przeżywaniem narodzin Boga.

Co z tego magicznego nastroju zostało dzisiaj? Kto dzisiaj wnosi do pokoju snopy zboża na urodzaj?
Wiele zwyczajów przestrzegamy do dzisiaj, ale nie znamy ich znaczenia. Gdybyśmy je znali i tak naprawdę kultywowali,  to w naszych domach nie stałaby sztuczna choinka i w nie królowałby telewizor...
Poniżej podajemy  niektóre z obrzędów tego okresu -  tylko niektóre, ponieważ jest ich nieskończenie wiele.
Zachęcamy bardzo mocno do czytania o nich  - i  w miarę możliwości, pielęgnowania.



Wigilia

Słowo wigilia pochodzi od łacińskiego vigiliare – czuwać oraz vigilia – czuwanie, straż nocna. Tradycja czuwania przed wielkimi świętami jest bardzo stara. Mamy z nią do czynienia już w Starym Testamencie. W domach Izraelitów w wigilię (wieczór poprzedzający dzień świąteczny) szabatu przygotowywano wszystko, co niezbędne do świętowania. Wieczór taki był zresztą uważany za początek święta. Chrześcijanie Wigilię Bożego Narodzenia obchodzą od VIII wieku. Dzisiejszy sposób spędzania Wigilii pojawił się w Polsce w XVIII wieku, a rozpowszechnił – w XIX wieku. Wówczas (i dzisiaj!) był to dzień niezwykły, pełen dziwów, magii i czarów. 
Wierzono w to, że Wigilia Bożego Narodzenia (zwana niegdyś postnikiem, pośnikiem, kutią lub Wieczerzą Pańską) jest dniem, w którym następuje odnowienie dziejów, że wszystko toczy się od nowa. Na ten jeden dzień raj zstępował na ziemię. W trakcie Wigilii dochodziło do wszechpojednania – żywych i zmarłych, ludzi i zwierząt.
Właśnie tego wieczoru pod śniegiem rosły cudowne kwiaty, drzewa owocowe kwitły i wydawały owoce, zakwitał w formie srebrnej gwiazdki kwiat paproci (dopiero później przeniesiono tę tradycję w noc świętojańską), woda w rzekach, stawach i studniach zamieniała się w miód, wino lub płynne złoto. Nad kwitnącą jabłonią otwierało się niebo, ziemia ukazywała swoje skarby, a rośliny kłaniały się nisko nowo Narodzonemu. Zwierzęta (oprócz konia, którego nie było przy żłóbku Dziecięcia) mówiły ludzkim głosem. Leśne zwierzaki budziły się z zimowego snu, a bydło o północy na chwilę krótko klękało przed żłóbkiem Dziecięcia. Swe listki otwierała nawet wyschła zawsze róża jerychońska, a zatopione niegdyś dzwony odzywały się z głębi jezior. Ożywały nawet kamienie i kręciły się wokół własnej osi.
 Niestety, te wszystkie cuda mógł zobaczyć jedynie człowiek bez grzechu i wielkiej odwagi. Tradycja zna wiele podań o śmiałkach, którzy przysłuchiwali się rozmowom zwierząt. Te zwykle przepowiadały im rychłą śmierć. Przychodziła ona po ciekawskich jeszcze tej samej nocy.

Bacznie obserwowano wówczas wszystkie zjawiska, gdyż „ten dzień jaki, cały rok taki”. Dlatego także już rano (!) gospodarz rozdawał opłatki wszystkim domownikom wraz z życzeniami szczęścia i zdrowia. Oczywiście, oni także mu tego życzyli. Miało to zapewnić domowi pokój i dobrobyt na następny rok.
Dzieci upominano, aby były grzeczne i posłuszne, gdyż jeśli w Wigilię oberwą po głowie, to przez cały rok będą dostawać lanie. :(

Mężczyźni udawali się wtedy na polowania, gdyż ten dzień sprzyjał obfitym łowom (a co z tym pojednaniem ludzko-zwierzęcym?). W Wigilię nie wolno było nic pożyczać (o pewnym wyjątku napiszę niżej) – zwłaszcza ognia, gdyż w takim razie przez cały rok pożyczonej rzeczy będzie w gospodarstwie brakować. Parobcy bawili się inaczej – w ten dzień starali się akurat coś „zwędzić”. Jeśli zakończyło się to sukcesem – oznaczało pomyślność w przyszłym roku. Gorzej było, jeśli gospodarz lub gospodyni przyłapali na kradzieży... Ale nawet „szczęśliwcy” musieli oddać swój „łup” (zwykle drobną rzecz) już w pierwszy dzień Świąt. Inaczej – ze szczęścia nici. Ale przecież chodziło przede wszystkim o dobrą zabawę!

Z Wigilią wiąże się także wiele wróżb matrymonialnych. Jeśli dziewczyna tarła wtedy mak mogła spodziewać się rychłego zamążpójścia. Bywało także, że po wieczerzy służąca lub córka gospodarska wpuszczała do izby psa, dawała mu resztki z jedzenia, a potem wypędzała na pole. Pilnie obserwowała, w którą stronę pies zaszczeka, gdyż z tej właśnie miał przybyć przyszły mąż. Inne dziewczyny, które chciały wiedzieć, skąd przybędzie ich małżonek, wychodziły po wieczerzy przed chatę i, stojąc przy płocie z drewnianymi łyżkami w rękach, nasłuchiwały skąd zaszczeka pies. Dalszy ciąg już znamy.
Czasami także wkładano pod talerze różne przedmioty: pierścionki, węgiel, sól, chleb i mirt. Kto odkrył pod swoim nakryciem węgiel miał pecha – oznaczało to śmierć, sól – łzy, chleb – bogactwo, pierścionek – rychły ślub, a mirt – zaręczyny.
Inna wersja tej wróżby nakazywała w ciemny miejscu umieścić 3 talerze z wodą, piaskiem i gałązką świerku. Woda symbolizowała chrzciny, piasek – śmierć, a mirt – ożenek. Trzeba było wybierać „na ślepo”. Młodzież wróżyła sobie też ze źdźbeł słomy. Najlepiej rokowało wyciągnięcie zielonego źdźbła spod obrusa, ponieważ oznaczało to szybkie małżeństwo. Posiadacze krzywego źdźbła musieli jeszcze zaczekać na swoje wesele, a prawdziwą przyczyną do zmartwień było wylosowanie żółtego źdźbła, gdyż oznaczało to śmierć w staropanieństwie. I tutaj także istniała inna odmiana tego zwyczaju. Zielone źdźbło – dziewczyna w zapusty będzie już mężatką, zwiędłe – trzeba poczekać na męża, żółte – umrze jako stara panna. Próbowano także odgadnąć przyszłość ze snopka. Parzysta liczba ziarenek oznaczała szybkie zamęście. Byli i tacy, którzy nabierali kutii na łyżkę i podrzucali ją do góry. Jeśli ziarna przylgnęły do sufitu oznaczało to szybkie pożegnanie z wolnym stanem. Uwaga kawalerowie! Wasza wizyta w domu dziewczyny w okresie Świąt Bożego Narodzenia traktowana była jak przyjście w konkury. Wpadliście jak klops, jeśli usiądziecie pod podłaźniczkiem (o tym w części poświęconej choince) i zerwali z niego jabłko lub orzech. Oznaczało to zaręczyny!


Uwaga skąpcy i potrzebujący gotówki! Wedle starego zwyczaju w Wigilię należy wstać rano, wrzucić do cebrzyka z zimną wodą kilka monet i umyć się w niej. Miało to zapewniać zdrowie i korzystne finanse!  :)  A rano trzeba wstać także dlatego, że „ten, kto w Wigilię rano wstaje, przez cały rok nie zaśpi”. Na Pomorzu koguty „raczono” wódką w podzięce za poranne budzenie!  Ale czegóż to się nie robi dla bogactwa i dobrego zdrowia!

Dla zdrowia należało także kichnąć podczas Wigilii. Również przed wieczerzą myto się dokładnie, aby uchronić się od wrzodów, a wodę po myciu wynoszono poza dom. Po porannej modlitwie pocierano sobie zęby czosnkiem, aby nie bolały. Pomagały w tym także suszona rzepa i orzechy. Jabłka chroniły przed bólem gardła.

Picie dużej ilości wody miało gwarantować duże pragnienie podczas przyszłorocznych obfitych żniw. Co ciekawe, w jednych rejonach Polski zachęcano do czerpania wody w wigilijną noc (miała mieć właściwości lecznicze), a w innych (wieluńskie) zniechęcano do tego, pod groźbą wielkich nieszczęść. Cieszono się, gdy, bez liczenia, zebrano parzystą liczbę polan do palenia. Znaczenie miały także: szczekanie psa, dym z komina i krakanie wron. Powszechnie uważa się, że jeśli w ten dzień pierwszy do domu wejdzie mężczyzna zwiastuje to szczęście, jeśli kobieta – wprost odwrotnie.
Trzeba koniecznie nadmienić, że istniało także inne znaczenie tego obyczaju : pierwszy facet – krowa się ocieli i będzie byczek, pierwsza kobieta – będzie jałówka. I już brzmi inaczej, co?

Wszystkie czynności związane z gospodarstwem i przygotowywaniem wieczerzy musiały być ukończone przed zmrokiem, ponieważ do wieczerzy zasiadano wraz z pierwszą gwiazdką na niebie. Całe obejście i izba musiały być gruntownie wysprzątane, ponieważ w przeciwnym wypadku mógł tam ukryć się czart (diabeł). W Wigilię obowiązywał post: ilościowy (trwający do wieczerzy) i jakościowy (zakaz spożywania mięsa do północy). Po porannym spożyciu opłatka wszyscy domownicy otrzymywali od gospodyni jedynie jałowy chleb, a potem jedli tylko pieczone ziemniaki w południe. Czasami na śniadanie podawano postny żur z ziemniakami. Inni jedli tego dnia kromkę chleba z miodem i pili trochę wódki, aby w przyszłym roku nie zabrakło jedzenia i picia. Także rano rytualnie krojono jabłko. Jeśli pestki były nienaruszone zwiastowało to pomyślność. W przeciwnym wypadku oznaczało choroby i inne nieszczęścia.

Izba, w której spożywano wieczerzę, musiała być wyściełana słomą na pamiątkę stajenki betlejemskiej. Wieczorem domownicy kręcili powrósła ze słomy i szli z nimi do sadu. Podchodzili do każdego drzewa owocowego i 3 razy zwracali się doń następującymi słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i odpowiadali sobie: „Na wieki wieków amen”. Potem pytano się drzewa: „Drzewino, cy śpis, cy zyjes? Chrystus się nam narodził: jak śpis, to staj na ten Nowy Rok!”. A później krzyczano głośno: „Będzie rodziła, nie ucinaj! Nie będzie rodziła, utnij ją!”. I biedne drzewko dostawało obuchem siekiery! W innych rejonach domownicy, po powrocie z pasterki, szli do sadu i potrząsali drzewami ze słowami: „Obudźcie się, bo narodził się Jezus Chrystus”.

Snopy słomy stawiano w kącie izby za szafą lub skrzynią. Słomę upychano także za belki, a w oknach zatykano krzyże ze źdźbeł. W przemyskiem karbowy przynosił na dwór cztery snopy do pokoju jadalnego z życzeniami wesołych świąt. Pan domu łamał się z nim opłatkiem i częstował miodem. Potem karbowy stawiał w czterech rogach pokoju snopy pszenicy, żyta, jęczmienia, owsa lub grochu albo koniczyny.
 W domach mieszczan siano kładziono pod obrusem. W niektórych wsiach w sieradzkiem lub łęczyckiem do izby przynoszono siano nie dojedzone przez konie lub woły. Najlepsze było te wyjęte zza drabiny wołu. Dlaczego właśnie wołu? Otóż Dzieciątko chciało mieć to zwierzę przy sobie, aby grzać się jego ciepłem. Gdzieniegdzie słoma i siano znajdowały się także na kościelnych podłogach. W 1780 r. zabronił tego biskup krakowski J. Olechnowski. Siano i słoma, oprócz zapewniania dobrych żniw, symbolizowały ubóstwo Świętej Rodziny w stajence. Są one także wspomnieniem słowiańskiej ofiary dla bożka Ziemiennika. Wiązki słomy rzucano pod sufit („ciskanie kop”), co miało gwarantować wysokie plony. Biały obrus przypomina ołtarz i pieluszki małego Jezusa. W południowej Polsce na stół sypano ziarna zbóż, grochu, maku, soczewicy i dopiero na nich stawiano miski z jedzeniem.

Pod stołem umieszczano jakieś żelazne i ostre narzędzia, aby mieć zdrowe nogi i aby krety i inne szkodniki nie niszczyły zbiorów. Stół obwiązywano łańcuchami i sznurami, „aby chleb trzymał się domu” i panował w nim dostatek.

W Wigilię przychodzą dusze przodków – jest to „pozostałość” po słowiańskich zaduszkach. Dlatego też nie wolno wtedy tkać, szyć ani prząść. Dusze mogą się zaplątać w nici. Wszyscy domownicy ostrożnie chodzili po domu, aby, broń Boże, nie nadepnąć ducha i nie wywołać jego gniewu.
Nie wylewano wody w obawie przed zmoczeniem jakiegoś zmarłego przodka. Dusza zadowolona była zawsze potężnym opiekunem domu, obrażona – mogła narobić wiele szkód. Z kultu duchów przodków wywodzi się nasza piękna tradycja zostawiania wolnego miejsca dla „wędrowca”. W rzeczywistości było ono przeznaczone ducha przodka.
Każdy, zanim spoczął na krześle, dmuchał na nie i szeptem przepraszał duszyczkę, która chciała usiąść właśnie na jego (jej) miejscu. Ogień w piecu płonął przez całą noc, aby dusze mogły się przy nim ogrzać. Niektóre gospodynie przygotowywały dla nich specjalny stolik (nie mogło leżeć na nim żelazo, gdyż odstraszało ono duchy), uchylały okno lub drzwi, przygotowywały ulubione potrawy (jak na stypę: mak, miód, pszenica i chleb). Przed świątecznym posiłkiem gospodarz wylewał na obrus trochę wódki. Potem w jego ślady szli pozostali domownicy. Gdy kieliszek przeszedł już przez wszystkie ręce, wtedy pan domu nabierał po kawałku każdej potrawy i kładł przed sobą. Była to ofiara dla zmarłych.
Na wschodzie Polski jeszcze w XIX wieku wierzono, że w czasie wieczerzy wigilijnej można ujrzeć osobę, która zmarła w bieżącym roku. Należało w czasie kolacji wyjść do sieni i spojrzeć przez dziurkę od klucza, a wtedy zobaczy się tą osobę na opuszczonym miejscu. Zmarły mógł tej nocy przybrać postać wędrowca, wilka lub ptaka, więc dlatego zapraszano ich na wieczerzę. Do ptaków wołano: „Ptasięta, wróblęta, chodźcie ku nam obiadować, a jak teraz nie przyjdziecie, to nie przychodźcie przez cały rok” (o zapraszaniu wilków poniżej). Stąd także swój początek bierze obrzędowe karmienie zwierząt domowych.


Gospodarz dawał jeść najpierw koniom – dziękując im za ciężką pracę, potem cielętom – „żeby się dobrze darzyły”, a na końcu krowom – aby były mleczne. Na Podhalu inne zwierzęta nie zasługiwały w tym dniu na szczególny posiłek. A już na pewno nie pies, który „szczekał raz na Pana Jezusa”. Na Górnym Śląsku w Wigilię dawano krowom masło, chleb, miód i struclę, żeby dawały dużo mleka. Gąsior, kogut i pies dostawały pieprz i czosnek z chlebem, aby były złe i dobrze strzegły dobytku. Gdzie indziej psom podawano opłatki z czosnkiem. Kurom dawano groch, aby niosły jajka (ja niedawno słyszałem o dosyć osobliwym zwyczaju na Pomorzu – w tym samym celu gospodyni wchodziła tam pod stół wigilijny!), a bydłu i koniom bób – „aby się chowało i pięknie wyglądało”. Krowom i koniom dawano też specjalne kolorowe (czerwone, żółte lub zielone) opłatki. Jeśli nie chciały tego jeść, zawijano opłatki w chleb. Oprócz tego krowom przygotowywano specjalne opłatki z rutą. W okolicach Bielska-Białej wypiekano specjalny „krowi” chleb z dziką różą lub głogiem, a na Górnym Śląsku – z cebulą i olejem. Przez cały okres od Wigilii do Trzech Króli dawano im po kawałku tego pieczywa. Dzięki temu miały być zdrowe i dawać dużo mleka. Krowy dostawały również resztki z wieczerzy z rozdrobnionym opłatkiem z rutą. Podczas przeżuwania pasterz lub pasterka uderzał je kilka razy „przędzonkiem” i mówił: „Bierz na się mięso, bierz na się mięso!”. Potem otrzymywały za drabinę „prośniankę”, lepsze siano, koniczynę i paszę. Koniom dawano większe porcje owsa, a świniom maszczono karmę ziarnem.

W tych domach, w których były osoby umiejące czytać, wieczerzę rozpoczynano od wspólnej lektury Ewangelii Świętego Łukasza. Potem dzielono się opłatkiem. Do dziś jest to najważniejsza chwila tych Świąt, symbolizująca powszechne pojednanie.

Liczba biesiadników przy wieczerzy musiała być parzysta. Najgorzej było wtedy, gdy było i 13 (liczba uczestników Ostatniej Wieczerzy). Dlaczego tak musiało być? Ponieważ jednemu z uczestników „nieparzystej” wieczerzy groziła śmierć! W takim przypadku należało zaprosić do stołu żebraka lub parobka. Wigilia była zwyczajowym dniem wygasania umów o pracę. Parobek najmował się ponownie w dzień świętego Szczepana (drugi dzień Świąt). Przy stole zasiadał więc jako człowiek wolny i równy gospodarzom. Mógł więc pić, hulać i psocić do woli!

Wieczerza chłopska składała się z 7 potraw (7 dni tygodnia), szlachecka z 9 (9 chórów anielskich), a magnacka z 11. W innych miejscach Polski zwyczaj nakazywał, aby potraw był 6, 12 lub inną wielokrotność 6. Zawsze były to dania postne, sporządzone z darów lasu, pól, ogrodów, stawów, rzek i jezior. Każdej z nich należało spróbować, aby niczego w nadchodzącym roku nie zabrakło. Nie wolno było spożywać mięsa zwierząt, ponieważ tego dnia wszystkie stworzone przez Boga istoty żywe tworzyły jedną rodzinę.

Całe jedzenie gospodynie krasiły olejem z siemienia lnianego, konopnego albo z makiem. Często mieszano je razem. W XVIII wieku lekarze stwierdzili, że olej powoduje powstanie „kołtuna” i zwrócili się do papieża, aby pozwolił Polakom jeść nabiał w czasie postu. Ten wyraził zgodę, ale potrawy nadal kraszono olejem. Z papieskiej dyspensy skorzystali jedynie Ślązacy i poznaniacy.

Przed uwłaszczeniem chłopi spożywali wieczerzę z jednej, pięknie zdobionej, misy. Dopiero po polepszeniu się ich sytuacji materialnej każdego było stać na własną miskę.

Rodzaj i ilość dań był uzależniony od lokalnej tradycji.
W Wielkopolsce i na Śląsku pierwszym daniem była polewa migdałowa albo rybna, a w Małopolsce i we wschodniej Polsce barszcz albo zupa grzybowa. W wielu domach podawano także: zupę piwną, siemieniuchę (polewka z siemienia lnianego) albo ziemniaki z kiszonym żurem. Potem na stole lądowały groch, kluski targane maszczone miodem lub olejem, kapusta, „tajona” kasza jaglana (tę potrawę przyrządzano w rozmaity sposób) i krupiana lub wodna ze śliwkami. Na ostatek jedzono gotowano gotowaną suszoną rzepę, która miała chronić przed „bolakami” i bólem zębów. Łemkowie i Pogórzanie kładli na swych stołach także czosnek i olej. Miały one chronić przed chorobami, bólem zębów i złymi duchami.

Na wszystkich stołach obowiązkowo musiał być mak. Robiono z niego zupę, dodawano do klusek i kasz. Najsłynniejszą polską potrawą wigilijną jest jednak kutia, symbol jedności świata żywych i umarłych. Sporządzano ją z całych, obłuskanych ziaren pszenicy, z maku i miodu. Potem dla smaku dodano bakalie. Pszenica była znakiem odradzającego się życia, mak – spokojnego i głębokiego snu, a miód – słodyczy, czystości i zwycięstwa nad złymi mocami. We wsiach położonych nad wodami jedzono ryby przygotowywane w rozmaity sposób. W domach szlacheckich i magnackich podawano na stół po 12 potraw rybnych traktowanych jako jedno danie. A to spryciarze!

Bardzo ważnym rytuałem było pieczenie strucli (pszenna bułka) i chleba. Pieczono je w dniu Wigilii. Gospodyni struclę umieszczała głęboko w piecu, a chleb nieco bliżej. Inne najpierw wkładały do pieca bochenek dla męża, potem kolejno dla siebie, dzieci, biednych i służby. Jeśli pierwszy bochenek się udał – wróżyło to szczęście pana domu, jeśli drugi – mąż pił zdrowie żony. I właśnie tutaj pojawia się ów wyjątek od zakazu pożyczania. Jeśli w trakcie pieczenia do domu weszła dziadówka, to gospodyni natychmiast ją wypraszała i posyłała córkę do sąsiadów, aby pożyczyła od nich cokolwiek. Miało to przeciwdziałać złym czarom czarownicy. Inne piekące tego dnia chleb gospodynie, z rękami oblepionymi ciastem, wychodziły do sadu i obejmowały dłońmi mało urodzajne drzewa, mówiąc: „Ródźcie!”.

Przyznam się, że zaskakującą dla mnie była informacja, iż podstawowym napojem wigilijnym w dawnej Polsce było piwo! Dopiero w połowie XIX wieku na polskich stołach pojawiła się w tym dniu wódka. Oprócz tego pito (i pije się nadal) kompot z suszonych owoców.

Niektórzy gospodarze po rozpoczęciu wieczerzy podrzucali łyżkę kutii do powały – im więcej ziaren przylgnęło, tym lepiej zapowiadały się żniwa. Jeśli chciano dowiedzieć się, jakie gatunki zbóż obrodzą w nadchodzącym roku, kładziono na piecu szeregiem rozżarzone węgle oznaczające różne gatunki zbóż i warzyw. Z którego z nich został biały popiół, te rośliny miały dać duży plon. Inną wróżbą dotyczącą żniw było położenie noża między żytni chleb a struclę. Na Nowy Rok (lub na Trzech Króli) sprawdzano, z której strony noża pojawiła się rdza. Jeśli od strony chleba – zaraza padnie na żyto, a jeśli od strony strucli – na pszenicę. Czasami zamiast strucli kładziono opłatek. Z tego ostatniego wróżono też inaczej. Rozdrabniano go i kładziono pod miski i garnki z potrawami. Jeśli opłatek przykleił się do spodu naczynia, to oznaczało, że będzie urodzaj na zawartą w nim roślinę.

Przy stole siedziano zwykle według wieku, aby „tymże umierać porządkiem”.
Nikomu, oprócz pani domu, nie wolno było wtedy wstawać ani rozmawiać (aby w domu nie było kłótni i gadulstwa). Pamiętajcie szczególnie o tym, aby nie wstawać w trakcie wieczerzy! Źle jest także, gdy ktoś zobaczy wtedy swój cień na ścianie. Nie można dopuścić również do tego, aby w izbie paliły się tylko 3 świece. Wszystkie te rzeczy oznaczają Twoją rychłą śmierć!

Nie można nie wspomnieć o znaczeniu niektórych potraw i roślin wigilijnych. Jabłka symbolizowały miłość, zdrowie, pokój, zgodę, nieśmiertelność, wieczną młodość i odkupienie. Uważano je za święty pokarm i łączono niegdyś z wieloma bóstwami. Wiszące na drzewach były znakiem płodności Ziemi. Ich zapach miał korzystnie wpływać na witalność, siły fizyczne oraz zapewniać długowieczność. Dopiero później w poczet swych symboli przyjął je Kościół. Śliwki wypędzały złe moce i także przedłużały życie. Taki sam wpływ miały gruszki, które jeszcze przyciągały szczęście i dostatek. Figi zapewniały płodność, obfitość, czystość, długie życie i nieśmiertelność. Daktyle były pokarmem duchów i „świętym napojem” – symbolizowały płodność i bogactwo. Boskim pokarmem był także miód, który posiadał magiczną moc. Był on znakiem wiecznej szczęśliwości, bogactwa, miłości i mądrości. Zapewniał radość, szczęście, obfitość, bogactwo ducha, pomyślność i długowieczność. Ryby już przez starożytnych Egipcjan i Babilończyków były uważane za święte zwierzęta. Symbolizowały wolność, harmonię i wyzwolenie. W starożytnym chrześcijaństwie rysunek ryby oznaczał Chrystusa i jako taki oznaczał początek, życie, nieśmiertelność, zmartwychwstanie, obfitość, płodność i strawę duchową. Kapusta chroniła od złego i przyciągała dostatek. Gęsi pośredniczyły między niebem a ziemią. Gęś jest związana z kultem słonecznym. Podawanie jej podczas świąt wywodzi się z obyczajów germańskich.



Opłatek

Nazwa opłatek pochodzi z łacińskiego „oblatum” – „dar ofiarny”. Jest to rodzaj przaśnego chleba wypiekanego w formie bardzo cienkich, białych płatków, używanych w katolickiej mszy, a w polskiej tradycji także podczas wieczerzy wigilijnej. Dużego opłatki (hostie), konsekrowane podczas mszy, i mniejsze okrągłe komunikanty przeznaczone do komunii świętej wiernych są okrągłe, a opłatki wigilijne - prostokątne.

Wypiekano go na plebaniach i w klasztorach zakonników (ze względu na sakralne przeznaczenie chleba), a po domach roznosili je księża, organiści, kościelni, ministranci, siostry zakonne lub przekupki (w XVI wieku). Mało ludzi o tym wie, że te smarowane miodem uchodziły za wielki przysmak dzieci. Ba, opłatki były także znakomitą zakąską do wina!

Opłatek pochodzi od starochrześcijańskich eulogii. Były to chleby ofiarne wystawiane na ołtarzu. Część z nich święcono i używano jako Eucharystii, a pozostałe święcono po mszach. Początkowo rozdawano je tym, którzy nie przyjęli Komunii Świętej, potem wszystkim uczestnikom nabożeństwa, a wreszcie roznoszono po domach dla chorych. Zwyczaj ten praktykowany był w Kościele od IV wieku w związku z zanikaniem powszechnego udziału w komunii oraz wprowadzonym zakazem zabierania Eucharystii do domu. Chrześcijanie wschodni jako pierwsi zaczęli spożywać eulogie zamiast Eucharystii, a od VI wiek obyczaj ten był znany w Galii, Italii, Niemczech i Czechach. Obecnie w liturgii Kościołów wschodnich eulogia (zwana też antidoronem) jest częścią prosfory (chleba eucharystycznego) pozostałą po wydzieleniu z niej cząstek do poświęcenia (m.in. tzw. Baranka). Jest rozdawana wiernym pod koniec mszy. Eulogie były symbolem miłości i jedności chrześcijańskiej. Zwyczaj zanoszenia ich do domów zanikł w IX wieku. Prawdopodobnie od eulogii wywodzi się także święcenie pokarmu w niedzielę Wielkanocy. Podczas panowania Karola Wielkiego (768-814) w kościołach Europy Zachodniej wyrabiano pieczywo bardzo podobne do naszego dzisiejszego opłatka. Trudniły się tym klasztory. W Polsce „ekspertem” w tej dziedzinie stał się zakon sakramentek.

Polska tradycja dzielenia się opłatkiem w Wigilię pochodzi z XV wieku, kiedy to prawo do wypiekania ich otrzymały parafie, gdzie robili to kościelni i wikariusze. Zwyczaj ten upowszechnił się znacznie później – w XVII wieku opłatkiem dzieliła się szlachta i magnateria, a od XIX wieku – wszystkie stany. Trudno w to uwierzyć, ale zwyczaj dzielenia się opłatkiem nie był znany jeszcze w części Pomorza, Warmii i Mazur na początku XX wieku! Nie wszędzie siadano także do tradycyjnej wieczerzy wigilijnej, a pierwszy świąteczny posiłek spożywano dopiero 25 grudnia rano i nie był on tak obfity jak w innych rejonach naszego kraju.

W tradycji ludowej znany był zwyczaj wykonywania z barwionych opłatków tak zwanych „światów”, które symbolizowały czas Godów, kiedy to, według pogańskich wierzeń, miał miejsce powrót do początku wszystkiego i zjednoczenie porządku ludzkiego z pozaludzkim, sakralnym (łączyły się ze sobą rzeczy ludzkie i święte).


Choinka

Tradycja drzewka świątecznego wywodzi się od aryjskiego drzewa życia. Jego ślady odnajdujemy w sztuce wszędzie, gdzie dotarli Ariowie (lud indoeuropejski, który od XIX do XVI wieku p.n.e. rozprzestrzenił się w dolinie Indusu, a potem zajął cały Półwysep Indyjski). Patrz także na zamieszczone wcześniej informacje o Saturnaliach i germańskim święcie Yule. Inna teoria głosi, że pochodzi ona także z starożytnej Grecji. Dzisiejsza choinka bożonarodzeniowa pojawiła się najprawdopodobniej w XV-XVI wieku we francuskiej Alzacji. W XV-wiecznej Europie, w okresie Świąt Bożego Narodzenia, znajdowały się w domach zielone gałązki splecione w wieniec lub wiązane i wieszane na suficie. Często była to mała sosna, świerk lub inne iglaste. Mógł to być także czub drzewa zawieszony wierzchołkiem do dołu. Ozdobioną choinkę na początku XVI wieku przedstawił na swym sztychu Łukasz Cranach. W XVIII wieku znano ją na niemieckich dworach magnackich. Szerzej rozprzestrzeniła się po Europie po wojnach francusko-pruskich w połowie XIX wieku. Właśnie w tym stuleciu zwyczaj ten przywędrował z Niemiec do Polski za pośrednictwem żołnierzy i urzędników pruskich. Jako pierwsi przejęli go w latach 1794-1807 mieszczanie niemieccy i ewangelicy w Warszawie. Na polskiej wsi została spopularyzowana dopiero w XIX wieku. Na Mazurach zwyczaj stawiania choinki przyjął się dopiero około 1910 r., na rzeszowszczyźnie – przed pierwszą wojną światową, a w górskich wioskach w latach 20-ych i 30-ych XX wieku.

Nie znaczy to jednak, że wcześniej w Polsce nie znano obyczaju strojenia drzewka na Boże Narodzenie. W Polsce południowej i południowo-zachodniej (Podhale, Pogórze, Śląsk Cieszyński, Ziemia Sądecka i Krakowska, okolice Jarosławia, Rzeszowa, Lublina i Sandomierza) wieszano nad stołem „podłaźniczkę”, zwaną inaczej podłaźnikiem, połaźnikiem, jutką, wiechą, sadem, rajskim lub bożym drzewkiem. Potem pojawiły się tzw. „światy” – misternie wyplatane ze słomy lub tworzone z opłatków kule i krążki. Jeszcze później zaczęto wyrabiać pająki ze słomy i kolorowych bibułek.

Podłaźniczka symbolizowała wiecznie zielone drzewo życia i życiodajną moc słońca. Chroniła przed złymi mocami, chorobami, sprowadzała urodzaj, dobrobyt i zgodę w rodzinie, a pannom szczęście w miłości i szybkie zamążpójście. Przyozdabiano ją jabłkami, orzechami, nasionami lnu i wycinankami z białych i kolorowych opłatków (światami). Orzechy i jabłka były pokarmem zmarłych i częścią „jadłospisu” na stypach. Kojarzone były także z miłością i życiem erotycznym (orzech). Gałąź na podłaźniczkę ścinano wcześnie rano w lesie, ponieważ wierzono, że temu, kto pierwszy przyniesie ją do domu, najwcześniej wzejdzie zboże. Wzorem dla dzisiejszej choinki jest biblijne „drzewo życia”, drzewo wiadomości dobrego i złego. Dlatego też wieszamy (lub powinniśmy wieszać) na niej jabłka – na pamiątkę Adama i Ewy oraz symbol zdrowia i życia. Łańcuchy symbolizują biblijnego węża-kusiciela, a w okresie zaborów przypominały o tym, że naród polski jest w niewoli (łańcuch niewoli). Na szczycie choinki widnieje gwiazda betlejemska, która wskazywała drogę Trzem Królom (Mędrcom) do małego Jezusa. Świeczki (lub światła) na gałązkach przypominają o ogniu płonącym dawniej przez całą noc wigilijną, aby mogły się przy nim ogrzać dusze przodków. Są one także znakiem niegasnącej miłości Boga do człowieka oraz Jezusa Chrystusa, „światłości świata”. Ozdobione wydmuszki z jajek symbolizowały odradzające się życie, płodność i dobrobyt. Pokruszone cząstki podłaźniczki dodawano po Świętach do karmy zwierzętom lub zakopywano w bruzdach ziemi ornej.

Gałązkami jodły, świerku lub sosny strojono ramy świętych obrazów, ściany, drzwi wejściowe, furtki, wrota stodół i obór. Na ziemi sądeckiej i na Podgórzu Rzeszowskim przed domem stawiano ścięte w lesie małe świerki – symbole szczęścia i urodzaju.

Jednym z roślinnych symboli Bożego Narodzenia jest jemioła. Wiele starożytnych kultur uważało ją za roślinę świętą. Największym poważaniem cieszyła się wśród starożytnych Rzymian i Celtów. Symbolizuje ona życie, odrodzenie, zgodę, skruchę, wybaczenie i pojednanie. Dlatego całujcie się pod nią w tym okresie i pamiętajcie o tym, by po każdym pocałunku zerwać z niej jedną jagodę. Zwyczaj przyozdabiania domu jemiołą pochodzi najprawdopodobniej z Anglii. Celtyccy druidzi wierzyli, że jest ona darem niebios i podczas uroczystości noworocznych ścinali je złotymi sierpami, zbierali w białe płachty i składali w ofierze bogom. Wierzono, że jemioła wyrasta w miejscu uderzenia pioruna.




Pasterka

W Kościele rzymskokatolickim jest to msza święta odprawiana o północy w noc z 24 na 25 grudnia na pamiątkę narodzenia Jezusa. Została tak nazwana na cześć pasterzy przybyłych do Betlejem w noc narodzin Jezusa (Łk 2,15–20). Wprowadzono ją w drugiej połowie V wieku. Jest ona wspomnieniem tradycji wigilii paschalnej i liturgii Kościoła jerozolimskiego, związanych z świętem Epifanii (święto upamiętniające objawienie Chrystusa: ludziom w narodzeniu, poganom w pokłonie mędrców ze Wschodu, uczniom w czasie chrztu w Jordanie i Żydom w cudzie przemiany wody w wino w Kanie Galilejskiej – w Kościele rzymskokatolickim jego odpowiednikiem jest święto Objawienia Pańskiego [Trzech Króli]). Na początku papież w Rzymie odprawiał tylko 2 msze święte z okazji narodzin Jezusa, mszę wigilijną i mszę świąteczną celebrowaną rankiem 25 grudnia. Już w połowie VI wieku były już 3 msze bożonarodzeniowe: nocna, o świcie i w ciągu dnia. Właśnie tą nocną nazwano pasterką. W Polsce odprawia się ją od drugiej połowy XV wieku. Wyglądała ona jednak całkiem inaczej niż dzisiaj. W jej trakcie płatano sobie rozmaite figle, a księża patrzyli na to przez palce.

Przodowali w tym parobcy. Do najczęstszych „facecji” należało nalewanie atramentu do kropielnicy, zszywanie sukien dwóch kobiet lub przyszywanie rąbka sukni do kołnierza. Śmiechu było co niemiara! W końcu to najweselsze święto w roku!

Wzdłuż drogi do kościoła płonęły zapalone wiechcie słomy.
Dzisiaj zamiast tego musimy uciekać przed petardami.


Szopka, jasełka i kolędnicy

Autorem pierwszej szopki jest święty Franciszek z Asyżu. W 1223 r., w Greccio we Włoszech, ustawił w skalnej grocie żłób, wyścielił go sianem i położył tam figurę Dzieciątka. Obok żłobu stały wół, osioł i owce. Odprawił tam uroczystą pasterkę. Śpiewał wtedy Ewangelię oraz ułożone przez siebie pieśni o Bożym Narodzeniu. Takie nabożeństwa franciszkańskie bardzo szybko stały się znane w całej Europie. Do Polski dotarły w XV wieku i nazwano je jasełkami od „jasła”, góralskiej nazwy żłobu.

Nie mogło być Świąt Bożego Narodzenia bez kolędników! Pierwsze wzmianki o kolędnikach w Polsce pochodzą z XVI wieku, ale na pewno tradycję tę pielęgnowano już wcześniej. Obchody kolędnicze były znane w całej Europie, a ich początki sięgają średniowiecza. Po wsiach chodzili: król Herod, śmierć, diabeł, anioł i pasterze, czasem turoń, baran i koza. Byli też i tacy, którzy prowadzili ze sobą żywe zwierzęta. W zamian za kolędowanie dostawali od gospodyni jajka, strucle z makiem lub serem. Gospodarze dawali zwykle drobne pieniądze. Kolędnicy, wychodząc z domu i kierując się do sąsiadów, śpiewali:

„Zdrowia, szczęścia Wam życzymy
Żebyście długo żyli,
A po śmierci w niebie byli.”

Biada jednak tym, którzy odmówili im gościny! Kolędnicy wyszydzali wtedy ich skąpstwo, niegospodarność oraz ... brzydotę córek.

W wielu polskich wsiach chodzili chłopcy z szopką lub jasełkami oraz kolędnicy. W zamian za śpiewy otrzymywali od gospodyni tzw. „szczodraki” (małe chlebki w kształcie podkowy, rogala lub podłużnej bułki). Pieczono je z najlepszej mąki i nadziewano często kapustą, serem lub burakiem cukrowym. Szkoda, że ten zwyczaj już zanika...


Kolędy

Kolęda to pieśń związana ze świętem Bożego Narodzenia i obrzędami noworocznymi. Nazwa ta pochodzi od łacińskiego „calendae”, które oznaczało pierwszy dzień miesiąca lub roku. Kolędy nie są pieśniami stricte religijnymi (choć śpiewa się je także w kościele). Śpiewali je chłopcy chodzący po wsiach. Takie pieśni zawsze złożone były z 3 części: życzeń powodzenia, szczęścia i urodzaju, prośby o datek i podziękowania za dar (zwane podarzem lub też kolędą). Kolędami zwano także wszystkie podarunki noworoczne.
Z czasem termin ten przylgnął do Świąt Bożego Narodzenia i do pieśni śpiewanych z okazji narodzin Jezusa.

Wywodzą się one z hymnów łacińskich o Bożym Narodzeniu, które powstawały już w IV wieku. Według legendy autorem pierwszej kolędy miał być w XIII wieku święty Franciszek z Asyżu i to właśnie jego zakon spopularyzował po całej Europie te pieśni.

W połowie XV i XVI wieku zaczęły powstawać pierwsze polskie kolędy, będące przekładami z kancjałów łacińskich i czeskich. Najstarsza polska kolęda to „Zdrow bądź, krolu anjelski” z 1424 r. Autorami tekstów byli najznamienitsi polscy autorzy: Piotr Skarga („W żłobie leży”), Morsztyn i Kochanowski. „Złoty okres” kolędy polskiej przypadł na XVII i XVIII wiek, gdy powstały pastorałki (wesołe kolędy z elementami folkloru polskiego w rytmie mazurka, krakowiaka i poloneza). W XVIII wieku powstały m.in.: „Gdy śliczna panna”, „Ach ubogi żłobie” i „Tryumfy króla niebieskiego”. W XIX wieku bardzo patriotyczny tekst do kolędy „Bóg się rodzi” napisał Franciszek Karpiński. W następnym stuleciu Teofil Lenartowicz został autorem kolędy „Mizerna cicha, stajenka licha”.

W 1838 r. ukazał się pierwszy zbiór kolęd, czyli „Wielki śpiewnik kościelny” księdza Marcina Mioduszewskiego. Był on podzielony na „Pieśni o Bożym Narodzeniu” (śpiewane w kościele) oraz „Pastorałki i kolędy” (śpiewane także w domu).

Jam jest dudka Jezusa małego,
Będę Mu grał z serca uprzejmego.
Graj dudka, graj, graj Panu, graj!

Zagram Panu w kozłowe dudeczki,
Dla Jezusa i dla Panieneczki.
Graj dudka, graj, graj Panu, graj!

Na piszczałce i na multaneczkach,
Na bandurce, ba, i na skrzypeczkach.
Graj dudka, graj, graj Panu, graj!

Pobiegnęć ja do Walkowej budy,
A przyniosę tamte większe dudy.
Graj dudka, graj, graj Panu, graj!

Póki tylko w ciele moim siły,
Póty będę grać mój Jezu miły.
Graj dudka, graj, graj Panu, graj!

Tekst opr na podst. www.smolec.pl


««Powrót

wersja do druku    wyślij znajomemu
POZOSTALE DZIALY SERWISU:
[ Strona główna ]      [ Zakon i jego historia ]      [ Rok Jubileuszowy ]      [ Pijarski Rok Powołaniowy 2012 ]      [ Pijarzy w Polsce ]      [ Biblia ]      [ Sakramenty ]      [ Kwartalnik eSPe ]      [ Pijarzy na świecie ]      [ Duszpasterstwo powołań ]      [ Modlitwa ]      [ Szukającym drogi ]      [ Humor ]     

1999-2014 © Wszelkie prawa zastrzeżone       Copyright pijarzy.pl :: Powered by AntCms