List od ojca Janusza z Chile

List od ojca Janusza z Chile

Szczęść Boże! Serdecznie Was pozdrawiam! Pozdrawiam Was poświątecznie. Piszę w przeddzień święta Miłosierdzia Bożego. W naszej parafii mamy także w tym dniu pierwszą komunie dzieci. Na 30 dzieci, jedno jest Chilijczykiem, pozostałe są migrantami (często dzieci chilijskie uczęszczają do szkół katolickich i tam mają komunię świętą).  

Bardzo dziękuję Wam za modlitwę i Waszą pomoc materialną, którą wpłacacie na konto Referatu misyjnego Zakonu Pijarów. To pomaga nam praktycznie pomagać rodzinom, a w szczególności ich dzieciom, aby w naszej świetlicy mogły otrzymać podstawowe rzeczy do życia: żywność, ubranie, zagospodarowanie czasu wolnego dla dzieci. Szczególnie cieszy nas, że dzięki Waszemu wsparciu mogliśmy posłać ośmioro dzieci imigrantów do szkół państwowych. Za edukacje jednego dziecka w realiach chilijskich należy zapłacić około 3- 4 tys. zł.

Moi Drodzy, dziś pragnę podzielić się z Wami kolejną historią imigranckiej rodziny. To będzie opowieść o historii rodziny Esbert i Jeane.

Pewnego dnia pojawiła się przed naszym kościołem pewna rodzina z 3 dzieci: 3, 8 i 13 lat. Jeden z naszych parafian, podszedł do nich i zaczął rozmawiać. Jak się okazało, jest to rodzina, która ledwo co dotarła z Wenezueli do Santiago de Chile. Rodzina została zaopatrzona przez parafię w odzież, żywność. Postaraliśmy się dla nich o wynajęcie pokoju do zamieszkania. Ich historia przybycia to prawdziwe pielgrzymowanie pełne niespodzianek i niepewności. Oni podróżując lądem przyszli do Chile przemierzając ponad 6 tys. km przez Kolumbię, Ekwador, Peru. Po 20 ciężkich dniach wędrowania dotarli do Chile. Zdesperowani sytuacją w Wenezueli wyruszyli bez żadnych pieniędzy na pieszo w kierunku Kolumbii. Otrzymanie paszportu jest kosztowne, więc ich nie mieli. Sąsiednie państwa wiedzą o sytuacji w Wenezueli, dlatego pozwalają obywatelom uciekać z kraju, by ich traktować jako uchodźców.

Byli prowadzeni przez Opatrzność Bożą, jak święta rodzina wędrując po nieznanych dotychczas sobie drogach, przemierzając miasta i wioski. Byli karmieni jak ptaki niebieskie bożym miłosierdziem w osobach dobrych ludzi, którzy ich dożywiali, podwozili furmankami, traktorami, ciężarówkami, czasami zdarzało się, że kierowca okazywał serce dla rodziny imigrantów i brał ich za darmo do autobusu. Zmierzając do Chile znali tylko kierunek. Nie wiedzieli, gdzie osiądą, czy będą mieli pracę. W ich głowach było wiele pytań bez odpowiedzi. To co mieli w sercu to ziarno wiary, że Bóg zajmie się nimi. Jak Świętej Rodzinie znalazł miejsce w Egipcie, tak znajdzie i im w Chile. Bóg prowadził ich ręka pewną, choć nie brakowało im i niebezpieczeństw, lęku podróży i pytań, gdzie znajdą miejsce na noc dla siebie i swoich dzieci, czy ktoś im da kawałek chleba? Doświadczali prowadzenia bożych aniołów, którzy znajdowali im dobrych ludzi, którzy otworzyli drzwi swoich domów, którzy podzielili swój chleb dla dodatkowej rodziny. I tak prowadzeni opatrznością Pana dotarli do Chile. Wiecie, takie historie nie są odosobnione.

Na ulicach Santiago żyje wiele tysięcy imigrantów. Są to rodziny z dziećmi, które koczują w parkach, w opuszczonych miejscach miasta. Nie raz widziałem, jak kobiety w stanie błogosławionym, zamiast mieszkać w mieszkaniu, koczują na ławkach w parku. Mężowie, którzy nie mogą znaleźć pracy nie raz popadają w bezsens, beznadzieję, pustkę i zalewają swoje klęski w alkoholu.

Schroniska w miastach są przepełnione. Nie ma dworca PKP ani innych miejsc dostępnych cała noc. Stacje metra są zamykane. Stąd w parkach, pod jakimś dachem, w kartonach mieszka wiele ludzi. Są oni dożywiani przez różne grupy charytatywne, szkoły, parafie. Jeden z młodych ludzi, który aktualnie pomieszkuje w salce katechetycznej w naszej parafii opowiadał, że kiedy spał na ławce w parku, przyszła grupa ludzi w nocy, domagając się opłaty za spanie na ławce. Jako że ich nie miał został pobity. Błąkając się w nocy dotarł do naszej kaplicy adoracji wieczystej otwartej dzień i noc. On akurat jest prawnikiem z wykształcenia. W Wenezueli miał pracę, dom - tutaj próbuje przeżyć, dorabiając gdzie popadnie i mieszkając na ulicy.

Drodzy czytelnicy tego listu, serdecznie Was proszę o modlitwę za tych ludzi. My, którzy mamy dom, mieszkanie może i na kredycie, ale jest. Mamy lodówkę z różnymi smakołykami, pracę mniej lub bardziej satysfakcjonującą. Ci imigranci noszą nadzieję, że znajdzie się miejsce i ktoś kto pomoże, kto spojrzy i pomyśli inaczej, ktoś kto nie przejdzie obok, jak w przypowieści o Dobrym Samarytaninie, gdzie kapłan i lewita spojrzeli i przeszli obok. I ten Samarytanin, którzy spojrzał również i wzruszył się głęboko, dzieląc się: swoim czasem, zatrzymał się, nie zważając, że nie zdąży ze swoimi sprawami, swoim transportem – swoim osłem, swoimi pieniędzmi wydając na chorego. Jezus wskazała nam go za przykład do naśladowania. W czasie wielkanocnym, kiedy uczniowie uczą się rozpoznawać Pana w codzienności wydarzeń, jesteśmy i my zaproszeni, by rozpoznać żyjącego Pana w tych słabych, imigrujących za chlebem, pracą, pokojem.

Drodzy czytelnicy zakończę słowami papieża Franciszka: „Jest niebezpieczny paraliż, rodzący się, gdy mylimy szczęście z kanapą sprawiająca, że​​ zostajemy zamknięci w domu, nie trudząc się ani też nie martwiąc, stajemy się ospali, stajemy się ogłupiali, otumanieni. Kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby „wegetować”, aby wygodnie spędzić życie. To bardzo smutne, kiedy przechodzimy przez życie nie pozostawiając śladu. A gdy wybieramy wygodę, myląc szczęście z konsumpcją, wówczas cena, którą płacimy, jest bardzo i to bardzo wysoka: tracimy wolność. Nie jesteśmy wolni, aby pozostawić ślad.

Przyjaciele, Jezus jest Panem ryzyka, tego wychodzenia zawsze „poza”. Jezus nie jest Panem komfortu, bezpieczeństwa i wygody. Aby pójść za Jezusem, trzeba mieć trochę odwagi, trzeba zdecydować się na zamianę kanapy na parę butów, które pomogą ci chodzić po drogach, o jakich ci się nigdy nie śniło, ani nawet o jakich nie pomyślałeś, po drogach, które mogą otworzyć nowe horyzonty, nadających się do zarażania radością, tą radością, która rodzi się z miłości Boga, radością, która pozostawia w twoim sercu każdy gest, każdą postawę miłosierdzia. Pójść na ulice naśladując „szaleństwo” naszego Boga, który uczy nas spotykania Go w głodnym, spragnionym, nagim, chorym, w przyjacielu, który źle skończył, w więźniu, w uchodźcy i w imigrancie, w człowieku bliskim, który jest samotny. Miłość Boga zachęca nas do niesienia Dobrej Nowiny, czyniąc ze swojego życia dar dla Niego i dla innych. By nieść pomoc i umieć się zatrzymać przy potrzebującym jak Dobry Samarytanin."

Życzę Wam spojrzeń, które będą Was zatrzymywały na potrzebie bliźniego.

Wasz o. Janusz SP


Akcja "Zaadoptuj ucznia!"

PKO BP SA Io/Kraków

66 1020 2892 0000 5402 0115 8997

Z dopiskiem: „Zaadoptuj ucznia”

Referat Misyjny Zakonu Pijarów

Ul. Dzielskiego 1

31- 465 Kraków