Urodził się w Igualada (Barcelona) 15.VI.1893. Jego rodzicami byli Rajmund Casanovas i Maria Perramón. Obłóczony został w Moia 21. XI.1909, a pierwszą profesję złożył 20.VIII.1911 r. Dopełnił swoją formację w Domu w Irache i w Terrassa. Profesję wieczystą złożył w Terrassa 8.XII.1914 r. święcenia kapłańskie przyjął w Barcelonie (św. Antoni) 17.IX.1916.


Posługę kalasantyńską wypełniał w Terrassa (1918), w Villanueva y Geltru (1918-1920), w Olot (1920-1921) i Barcelonie (Nasza Pani) (1921-1936).


Zginął w "Can Brunet", gmina Odena, 16. IX. 1936 r. Został pochowany w grobie rodzinnym w Odena.


* * *


W lipcu 1936 r. O. Ignacy Casanovas spędzał wakacje, jak każdego roku, w posiadłości rodzinnej w "Can Brunet", położonej w gminie Odena. Myśląc wypocząć, po męczącym roku szkolnym, w towarzystwie matki, do której był bardzo przywiązany, udał się tam. Wybuch rewolucji radykalnie zmienił jego plany. W Igualese szybko wybuchnęła antyreligijna kampania, najpierw przeciw kościołom i przedmiotom kulty, potem przeciw osobom, szczególnie przeciw duchowieństwu.


Także jeśli dom, w którym przebywał o. Ignacy był na uboczu, jego życie było w niebezpieczeństwie, gdyż był bardzo znany w okolicy. Przyjazne osoby, uciekając się nawet do wyrobienia mu fałszywego paszportu, doradzały mu powrót do Barcelony, gdzie mógłby o wiele łatwiej się ukryć. O. Ignacy Casanovas nie chciał o tym słyszeć. Był przekonany, że ryzykując nawet aresztowaniem jego obowiązkiem jest być blisko matki w tych trudnych dniach. Nie mogąc nic zrobić, oddał się w ręce Boga, czyniąc swoim powiedzenie św. Józefa Kalasancjusza: Stanie się tylko to, co Bóg zechce.


Starał się działać ostrożnie, unikając pokazywania się w obejściu, ale bez zaniedbywania swoich obowiązków kapłańskich i zakonnych. Każdego ranka odprawiał Mszę św. w domowej kaplicy, wieczorem odmawiał różaniec święty z rodzinami osady. Jeżeli była potrzeba asystowania przy umierającym wstawiał się z żarliwością. Narażał się, jak w nocy z 14 na 15 sierpnia, którą spędził przy bracie swej matki w posiadłości "Can Forn", niedaleko od "Can Brunet".

15 VIII odprawił swoją ostatnią Mszę św. w kaplicy domowej zaraz po powrocie z "Can Forn". Był dzień Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi, jego myśl cofnęła się, oczywiście dwadzieścia lat wcześniej, kiedy w tym samym miejscu odprawił swoją pierwszą Mszę św.

O piątej rano 16 VIII o. Ignacy oczekiwał przy oknie na powrót matki, która udała się do "Can Forn", aby czuwać przy umierającym bracie, aby móc zaraz odprawić Mszę św. Dostrzegł natomiast grupę uzbrojonych mężczyzn, którzy kierowali się w stronę posiadłości. Byli milicjantami, którzy przybyli go aresztować. Przeczuwając niebezpieczeństwo niezauważony wyszedł z domu. Służącej Teresie powiedział, że kiedy milicjanci odejdą, by wystawiła w oknie białe płótno na znak, że niebezpieczeństwo minęło.

Uzbrojeni mężczyźni weszli do domu i zastali tylko służącą. Pytali, gdzie znajduje się o. Ignacy, ale odpowiedziała, że tego nie wie. Więc przeszukali każde pomieszczenie. Potem, rozpalając dwa duże ogniska, spalili ołtarz z kaplicy, obrazy święte i wszystkie przedmioty kultu. O. Ignacy ze swojej kryjówki mógł obserwować z wielkim bólem tę świętokradczą scenę. W między czasie powróciła matka i także ona była bezsilnym świadkiem spektaklu. Milicjanci odchodząc odpowiedzieli, że podpalili wiele ważnych kościołów. Około piątej popołudniu, syn służącej, który obszedł całą posiadłość, wrócił mówiąc, że milicjanci odeszli. Teresa zawiesiła więc w oknie białe płótno, jak było ustalone. I tak o. Ignacy mógł wrócić i dziękować Panu, że ominęło go niebezpieczeństwo.

Od tego dnia był bardziej ostrożny. Aby nie wzbudzać podejrzeń, nie wychodził z domu. Jedynym jego bólem było to, że nie mógł odprawiać Mszy św. Pozostawał przy brewiarzu i różańcu. Tak przygotowywał się na męczeństwo. Pewnego dnia, rozmawiając o tym ze swoją matką, powiedział: Mamo, mnie zabiją, ale ręka Boża spadnie na moich zabójców. Zabiją mnie, ale dla jakiej rzeczy bardziej świętej i bardziej szlachetnej mógłbym umrzeć?

Godzina najwyżej próby przyszła miesiąc później - 16 września. Podczas gdy o. Ignacy odmawiał Godzinę Południową, koło południa, odczuł, że coś musiało się stać przed domem. Wstał, aby zawołać matkę i ją poinformować. W tym czasie trzech milicjantów, cichaczem weszło do kuchni i na schody, które prowadziły na pierwsze piętro. Kiedy zapukali do drzwi, otworzył im sam o. Ignacy, trzymając brewiarz w ręce. Spytał ich czego sobie życzą. Odpowiedzieli, że przyszli go aresztować i niezwłocznie musi iść z nimi. Ojciec ograniczył się do uwagi: Macie pozwolenie, aby to zrobić? Odpowiedzieli: Tak, proszę Pana. Poprosił tylko, aby mógł zmienić pantofle, potem im się poddał. Matce, która płakała i błagała, powtórzył słowa wielokrotnie już wypowiadane: Stanie się tylko to, co Bóg zechce. Przechodząc przez kuchnię polecił służącemu Giacomo Chran pozdrowić Teresę, jego matkę, przekazując jej życzenia. Wyszli na podwórko, sześciu milicjantów, którzy otoczyli dom, aby uniemożliwić mu jakiejkolwiek próbę ucieczki, dołączyło się do trzech, którzy aresztowali o. Ignacego. Rozkazano iść drogą prowadzącą do Odena. O. Ignacy szedł przodem, a dziewięciu uzbrojonych szło za nim. Matka i sąsiedzi towarzyszyli temu smutnemu odejściu, z tarasu i z okien, z przeczuciem, że nie będzie powrotu. Rzeczywiście po przejściu trochę ponad kilometr drogi, doszedłszy do miejsca nazwanego "La Creuta", dowódca rozkazał o. Ignacemu zatrzymać się, dodając tonem kpiącym: Zostało ci tylko parę minut, aby się pomodlić. Módl się, módl.... O. Ignacy uklęknął i rozpoczął: Ojcze nasz!. Jego modlitwa została przerwana przez strzały z pistoletów, które dosięgły jego ciała. Zrozpaczona matka z "Con Brunet" usłyszała strzały i zobaczyła dym z wystrzałów.

Niektórzy obywatele, którzy mieszkali w pobliskim folwarku zostali zobowiązani do zabrania ciała i przeniesienia zwłok na cmentarz w Odena. Tam następnego dnia zostało złożone w nowym grobowcu nabytym przez matkę. Następnie na miejscu męczeństwa został postawiony niewielki kamienny pomnik z płytą pamiątkową, na której czytamy: "XVI-IX-MCMMXXXVI. Tutaj oddał życie za Boga i Hiszpanię czcigodny Ojciec Ignacy Casanovas Perramón ze Szkół Pobożnych. Przechodniu, zdejm czapkę i się pomódl".

W lipcu 1948 r. szczątki jego zabrano i pochowano w tym samym grobie, w którym znajdowała się jego matka, zgodnie z jego wolą. Ku wielkiemu zdziwieniu obecnych, jego ciało po odkryciu było całkowicie zachowane i zupełnie niezepsute, wraz z jego ubraniem, butami i sznurowadłami, które zachowały swój naturalny kolor, swoją konsystencję i giętkość. Jest na to dokumentacja. Ciało zostało złożone w cynkowej trumnie, która została umieszczona w rodzinnym grobie obok trumny jego matki.


* * *

O. Ignacy Casanovas otrzymał wychowanie bardzo staranne pod każdym względem od swoich rodziców, którzy byli przykładnymi chrześcijanami. Od pierwszych lat życia znajdował się w środowisku służącym i sprzyjającym rozwojowi cnót chrześcijańskich, którymi Bóg chciał ozdobić jego duszę szlachetną, pobożną i szczodrą.

Został osierocony przez ojca w wieku siedmiu lat. Matka całkowicie się jemu poświęciła. Dołożyła starań, aby go po chrześcijańsku wychować. Powierzyła go opiece ojców pijarów w Kolegium w Igualada. Tam zaczął ujawniać pociąg do pobożnożci i tendencje do życia zakonnego. Przez to razem z innymi uczniami, został otoczony specjalną troską przez o. Ignacego Vilasaió, który miał obowiązek opiekować się chłopcami, którzy odczuwają pragnienie zostać pijarami. Prawdopodobnie swoje powołanie otrzymał przez przykład brata Giacomo, który go poprzedził w Szkołach Pobożnych. Częste wizyty składane jemu wraz z matką, uczestnictwo w większych uroczystościach, takich jak: obłóczyny, profesja, święcenia, powiększały w nim pragnienie oddania się Bogu przez naśladowanie Chrystusa. Mimo nęcących perspektyw wygodnego życia, uczucia ze strony matki i możliwości odziedziczenia znacznej ojcowizny, wybrał poświecenie się na służbę Bogu w ubóstwie i dla edukacji młodzieży. O. Józef Maria Balcells napisał: św Ignacym więcej mogła miłość Boża i poświęcenie się na Jego służbę, niż miłość synowska, która również była wyjątkowa przez cały bieg jego życia. Stan wdowieństwa, w którym znalazła się matka, jak również nieobecność starszego brata spowodowały bolesną separacje, jednak objawiły także jego zadziwiającą siłę duchową.

Jest wiadome, że przed wstąpieniem do nowicjatu Ignacy otrzymał anonim, w którym wymieniono całą listę argumentów przeciw jego wyborowi, z zamiarem odciągnięcia go od decyzji pójścia za głosem powołania. Poradził się matki, która po przeczytaniu listu, zapytała go: Co myślisz zrobić? Ignacy, wziąwszy list, porwał go na kawałki, mówiąc: Iść dalej, ponieważ przed ludźmi jest Bóg.

Ignacy w czasie swojego pobytu w ośrodkach formacyjnych w Moiá, w Irache i w Terrassa pokazał swoje żywe pragnienie i stałą pilność zdobycia wszystkich wiadomości ludzkich i duchowych, aby być przygotowanym do posługi kalasantyńskiej.

17 września 1916 roku został wyświęcony na kapłana w kaplicy Kolegium św. Antoniego w Barcelonie przez kard. Benlloch. Mszę świętą prymicyjną odprawił w posiadłości "Can Brunet", gdzie dwadzieścia lat później został męczennikiem.

Pierwszym polem jego apostolatu było Kolegium w Terrassa, gdzie miał polecenie uczyć w szkole podstawowej. Oddał się pracy z takim poświeceniem, że odbiło się to na jego zdrowiu. Tak bardzo, że przełożeni musieli go przenieść do Kolegium Villanuova y Geltru. Powróciwszy do zdrowia pozostał w tym kolegium do 1920 r., potem przeszedł do Olot, a w końcu do Kolegium Naszej Pani w Barcelonie, gdzie pozostał aż do końca życia.

W latach których przebywał w Kolegium Naszej Pani, udawał się często do Allela, gdzie mieścił się postulat, w którym brat o. Giacomo był dyrektorem. Jako że znał dobrze muzykę, grał na pianinie i harmonii, uczył postulantów pieśni na różne uroczystości liturgiczne. O. Claudio Vilá Palá, który wtedy był postulantem stwierdza, że: nigdy nie tracił spokoju ducha i cierpliwości podczas prób.

Oprócz muzyki oddawał się również pracom ręcznym z wielką umiejętnością. Umiał zbudować radio o wielkości pudełka od zapałek. Ostatnią jego pracą była ponowna budowa figury św. Józefa, którą "czerwoni" rozbili w kawałki w sierpniu 1936 r. podczas rewizji przeprowadzonej w posiadłości "Can Brunet".

Od o. Jana M. Vives, wiemy że o. Ignacy był człowiekiem głębokiej pobożności, wzorowym zakonnikiem, uprzejmym dla wszystkich, nieprzyjacielem obmów i bardzo prawym. Świadkowie są zgodni z przedstawieniem go doskonałym w spełnianiu swoich obowiązków zakonnych i nauczycielskich, zajętego w utrzymaniu pokoju i harmonii we wspólnocie. Był szanowany przez swoich uczniów, których traktował z szacunkiem i miłością.

Jedną z charakterystycznych cech, uwydatniających się w osobowości o. Ignacego, była jego synowska miłość. Umiał zrozumieć sytuację w której znalazła się jego matka, a przede wszystkim ofiarę jaką złożyła zezwalając, aby również on, podobnie jak jego brat Giacomo, poszedł za powołaniem zakonnym. Przez to, za każdym razem, ilekroć był wolny od zajęć w szkole i posługi kapłańskiej, za pozwoleniem Przełożonych, spędzał trochę czasu z nią.

Pani Maria miała zwyczaj spędzania letnich miesięcy z dwoma swoimi synami w posiadłości "Can Brunet". W zaciszu pól, dwaj pedagodzy, po intensywnej pracy przez cały rok szkolny, odpoczywali i nabierali sił. Ignacy cieszył się najbardziej z piękna okolicy, w której żniwa następowały po zbiorze oliwek i migdałów z powierzchni około 90 hektarów, ciągnącej się jedną stroną od okazałego masywu Monsserat. Posiadłość miała swoją interesującą historię, której początki sięgają XVII w.

W okresie letnim stara posesja ożywiała się przez obecność Pani Marii i dwóch synów. O. Ignacy pomagał matce szybko załatwić sprawy, które się trochę skomplikowały w okresie Republiki, kiedy dusze mieszkańców i dzierżawców bez skrupułów były zatruwane propagandą polityczną. Nie zawsze można było być zadowolonym z ich żądań. Może to spowodowało większe napięcie między właścicielami z jednej strony a najemcami z drugiej.

Miłość do matki towarzyszyła mu aż do męczeństwa. Na ten temat zostało napisane: "Odczuł rozbudzenie się w swoim sercu ducha i pragnienie męczeństwa, jeżeli taka będzie wola Boża, wybierajśc ofiarę życia z miłości do Chrystusa nad swoje obowiązki synowskie, nad ukrycie swojej tożsamości zakonnej i kapłańskiej, nad porzucenie swoich przekonań religijnych. Taką dyspozycję duszy o. Ignacego wyraził na dwie godziny przed męczeństwem, wobec matki i służącej Teresy Lloveras w następujących słowach: Zabiją mnie, matko, ale czy może być rzecz cenniejsza, niż oddać życie dla Chrystusa?


(O. Mario Carisio, Religiosi scolopi testimoni della fede, Roma 1989, ss.95-101, tłum. o. T. Suślik)