Urodził się w Calamocha (Teruel) 11. października 1868 r. syn Jakuba Pamplona i Damiany Polo. Obłóczyny w Peralcie de la Sal 16. listopada 1882 r. Pierwszą profesję złożył 2 sierpnia 1885 r. Studia filozoficzne odbył w Irache a teologię u św. Piotra de Cardeňa: tutaj złożył profesję wieczystą 17 listopada 1889r. święcenia kapłańskie przyjął w Jaca 7. 09. 1893. Charyzmat kalasantyński realizował w Saragossie (1895), w Akaňiz (1895-1903), w Jaca (1903 -1906), w Peralta de la Sal (1906-1919), w Buenos Aires (1919-1922), w Pamplona (1922 -1928), w Balbastro (1928 -1934), w Peralta de la Sal (1934-36).

Zginął na Plaza Mayor w Monzón 25. 07. 1936. Został pochowany na cmentarzu w Monzón.


Kiedy rewolucja wybuchła 18 lipca 1936 r. o. Dionizy Pamplona był rektorem Domu pijarskiego w Peralta de la Sal i opiekował się tamtejszą parafią. Do Peralty przybył w lipcu 1934 r. po wypełnieniu charyzmatu pijarskiego w różnych kolegiach Prowincji Aragońskiej. Był to jego powrót, ponieważ w tym Domu O. Dionizy odbył nowicjat i był Magistrem nowicjatu i Rektorem.

Mimo, że Peralta była małym ośrodkiem, to sytuacja pijarów, po zbliżeniu się rewolucji i wojny domowej, stała się trudna. Ojciec Dionizy szybko został przed tym ostrzeżony. W liście wysłanym do kuzynki Rosario w dn. 10. 07. 1936 tak pisał: "Przeżywamy trudne chwile i nie ma na to innego sposobu, jak tylko działać z roztropnością, ponieważ nikt nie może nam powiedzieć, czy będziemy wyrzuceni z naszego miejsca, czy nie. Zawsze było koniecznym spełnienie swojego obowiązku, ale dzisiaj ta konieczność jest skrajna".

O. Dionizy, ożywiony tym przekonaniem, miał odwagę celebrować Mszę w kościele parafialnym, także po wybuchu rewolucji. Asystowała przy tym tylko jedna osoba. Jednak, w momencie ofiarowania, była zobowiązana przerwać celebrację i wyjąć z kościoła.

Klimat polityczny w Peralta był zmienny: gdy zbliżały się dni próby dla Wspólnoty pijarskiej, to szukała ona siły w modlitwie, aby stawić czoło nieuniknionym cierpieniom, włącznie z męczeństwem, jeżeli będzie taka konieczność.


O. Faustino Oteiza, w liście wysłanym do O. Prowincjała Aragony, tak opisał to, co wydarzyło się 23 lipca 1936 r.: "Około godziny 4.30 po południu przybył oddział 40-50 komunistów z Binéfar, uzbrojony w bomby z zamiarem wysadzenia i spalenia kolegium. Dowiedziawszy się o tym zebraliśmy się w oratorium nowicjatu, otrzymaliśmy rozgrzeszenie i spokojnie czekaliśmy na śmierć. Jednak ci z miejscowości mogli tego uniknąć, pod warunkiem, że wyjedziemy z Domu i że zostanie spalone to wszystko, co oznaczało religię. Potem przybył Komitet komunistyczny, aby rozkazać nam opuścić Kolegium. My pozostaliśmy tak długo, jak to było możliwe, zwłaszcza O. Rektor, ale musieliśmy poddać się sile".

W przewidywaniu rozwoju wypadków został przeniesiony Najświętszy Sakrament z kościoła Kolegium do oratorium nowicjatu, w miejsce bardziej bezpieczne. Ojcowie byli przekonani, że pewnego dnia komuniści wyjadą z Binéfar, i że wtedy będą mogli wrócić do Domu zakonnego.

Jednak sprawy potoczyły się inaczej. Około 20.30 tego smutnego 23 lipca, O. Rektor, inni ojcowie, bracia ze wspólnoty, nowicjusze i postulanci zostali poprowadzeni przez uzbrojonych ludzi do domu Llari, zamienionego w tymczasowe więzienie. Przywieziono coś na kolację, przyjaźni ludzie dostarczyli do spania materace. O. Dionizy, Rektor Domu, otrzymał od Komitetu polecenie, aby się nie kładł spać.

O świcie 24 lipca, O. Dionizy, pomimo że tylko on miał klucze świątyni, był zmartwiony, ponieważ Najświętszy Sakrament z kościoła parafialnego był zagrożony profanacją. Wykazując nadzwyczajną odwagę, prosił nowicjuszy, aby któryś z nich był przygotowany posłużyć mu do Mszy św. Ofiarował się Józef Yáňiz. Korzystając z sytuacji, że straże usnęły, obydwaj wyszli otwierając od środka drzwi, które wychodziły na ulicę, kluczem, który znalazł się w domu.

Chociaż zachowywali wielką ostrożność, aby uniknąć zauważenia, to jednak dostrzeżono ich i natychmiast powiadomiono Komitet. Na ich poszukiwanie zostali posłani ludzie, najpierw do domu, gdzie myśleli, że uciekli, potem do parafii, gdzie O. Dionizy dopiero co zakończył odprawianie Mszy św. i spożył Postacie Eucharystyczne.

Kościół został otoczony. Jeden z ludzi zobaczywszy go pokazał się w oknie górnej części i powiedział mu: "Uchodź, uchodź, gdyż nie będziesz mógł uciec". O. Dionizy, okazując jeszcze raz swoją odwagę, uciekł szybko z Józefem Yáňiz, zamknął drzwi i schował w ręku klucze kościoła. Kiedy był u podstawy schodów, które prowadziły od drzwi kościoła na Plaza Maggiore, został otoczony przez uzbrojonych ludzi. Józef Yáňiz, przestraszony, uciekł do domu Llari. O. Dionizego poproszono o oddanie kluczy do kościoła, ale on rezolutnie odpowiedział: "Otrzymałem je od swojego biskupa i tylko jemu je oddam". Nakazano mu ponownie oddać klucze, w tym czasie jeden z ludzi trzymał karabin przystawiony do jego karku, grożąc mu śmiercią. Ponieważ O. Dionizy odmawiał oddania kluczy do kościoła, przyjaciel Ojca widząc, że może być zabity, krzyknął do niego: "Ojcze Dionizy! Na miłość Boską, oddaj klucze, gdyż cię zabiją". O. Dionizy instynktownie odwrócił głowę w kierunku, z którego doszedł głos. Korzystając z tej nieuwagi wyrwano mu klucze z lewej ręki, w której je trzymał. O. Dionizy skierował się do domu Llari, aby dołączyć do swoich współbraci, ale zatrzymano go i poddano rewizji. Różaniec, medalik, modlitewnik rzucono na ziemię. Zabrano mu herb Kolegium, który nosił z sobą, po czym został zaprowadzony do Magistratu.

Nie upłynęło pół godziny, gdy eskortowany przez dwóch mężczyzn uzbrojonych w karabiny, został przeprowadzony do więzienia. Tego samego ranka 24 lipca, przed południem, O. Dionizy został przewieziony do więzienia w Monzón z rękami skutymi kajdankami. Był przedmiotem wielu zniewag. Wśród wielu rzeczy słychać było jak mówiono: "Zapłacisz za to bardzo drogo", tak by wskazać, że śmierć będzie pewna i szybka.

Przybywszy do Monzón, kazano zejść do drzwi więzienia. Gdy schodził z wozu upadł mu kapelusz, jeden z eskortujących włożył mu go na głowę, uderzając go silnie pięścią. W więzieniu w Monzón został zamknięty w celi nr 1, jednej z trzech, które znajdują się w korytarzu na prawo antresoli. Była ona wilgotna, ciemna i obrzydliwa.

Pozostał w tym więzieniu pogodny i spokojny, aż do późnej nocy 25 lipca, do święta Jakuba. Po przybyciu do Monzón tzw. kolumny P. O. U. M. zdecydowano sądzić więźniów na "Plaza Mayor".

Około 10.30 w nocy, O. Dionizy został zabrany z więzienia. Ponieważ jego ubranie było zakurzone i pokryte pajęczynami, którymi się ubrudził w więzieniach Peralta i Monzón prosił strażnika o szczotkę, aby się oczyścić. Doprowadziwszy się do porządku, oddał strażnikowi szczotkę i poklepując go przyjaźnie po plecach, powiedział: "Żegnaj, do zobaczenia tam w górze!"

Z więzienia był prowadzony wraz z dwoma innymi więźniami na "Plaza Mayor" pełny ludzi i bardzo oświetlony. Będąc jedynym księdzem, był ustawiony w pierwszej kolejce, jako ulubiony cel. Wysoki i szczupły, odznaczał się od innych także sutanną, którą miał na sobie. Okazał się poważny, cichy, spokojny. Co pewien czas podnosił oczy ku niebu i poruszał wargami modląc się. Kiedy dano znak rozstrzelania, zrobił znak krzyża, potem skrzyżował ramiona na piersi. Upadł przeszyty wieloma kulami około 11 w nocy 25 lipca 1936r.

Pół godziny później jego ciało zostało zabrane i wrzucone na auto, razem z innymi 23 rozstrzelanymi, po czym był pochowany we wspólnym grobie na cmentarzu w Monzón.

Egzekucja O. Dionizego i innych skazanych dokonana na "Plaza Mayor" przed setką osób, obudziła przykrość i żal u dużej części ludności. Wskutek tego, po zakończeniu wojny, "Plaza Mayor" został nazwany "Placem Męczenników" i na frontonie "Banku Aragonii" została wmurowana marmurowa tablica z napisem: "Przewielebnemu Ojcu Dionizemu Pamplona, pijarowi, męczennikowi za Boga i za Ojczyznę, umęczonemu w tym miejscu 25 lipca 1936 r."

O. Dionizy Pamplona jest pierwszym z Sług Bożych, który zginął wypełniając swój kapłański obowiązek. Heroiczna śmierć poniesiona z pogodną duszą i wspaniałą siłą ducha, jest podsumowaniem życia w pełni przeżytego "na chwałę Boga i pożytek bliźnich", wg przykładu św. Józefa Kalasancjusza. Urodzony w rodzinie prawdziwie chrześcijańskiej, która miała głęboką wiarę, wcześnie przejawiał pragnienie poświęcenia się Bogu w Zakonie Szkół Pobożnych. Zakończywszy okres formacji oddał się edukacji młodzieży w różnych Kolegiach pijarskiej Prowincji Aragonii: w Saragossie, Jaca, Alcaňiz, Peralta de la Sal, Pamplona, Buenos Aires.

Jego osobowość ukazała się przede wszystkim w sześcioleciu, w którym był Magistrem nowicjatu, w trzechleciu, w którym był Rektorem i Proboszczem parafii św. Józefa Kalasancjusza w Buenos Aires i w okresie, w którym był Rektorem Domu w Pamplonie.

Jako Magister nowicjuszy oddał się z entuzjazmem i poświęceniem formacji przyszłych pijarów.

O. Pamplona jest pamiętany przez O. Angelo Clavoro jako zakonnik surowy przez temperament i przekonanie, wierny w obserwancji, wytrwały w działaniu, duchowy i pobożny. Dobry znawca serca ludzkiego. Potrafił prowadzić młodych za sobą przy pomocy stałości cnót chrześcijańskich, bardziej przykładem niż słowami. Działał w sposób dyskretny, ale skuteczny. Uległy w posłuszeństwie, w którym widział znak woli Bożej. Pracował w naszych domach zakonnych jako prosty zakonnik i jako przełożony: był Rektorem Domu w Peralta de la Sal (2 razy), w Pamplonie (2 razy) i w Buenos Aires.

W czasie swego rektorstwa - potwierdza O. Walentino Aisa - dał przykład wielkiej roztropności i gorliwości w promowaniu życia zakonnego i działalności edukacyjnej, zaangażowany tak, że uczniowie robili postępy nie tylko w nauce, ale także w cnocie. Umiał zaimponować swoją wyobraźnią i silną wolą, pozyskując sympatię wszystkich.

W latach, w których był Rektorem Kolegium w Pamplonie, miał zwyczaj manifestować swoją gorliwość kapłańską poświęcając życie funkcjom religijnym w kaplicy Instytutu według czasów liturgicznych, przez przywrócenie pobożności wobec Najświętszego Sakramentu i wobec Madonny, przez promowanie aktywnego uczestnictwa wiernych, nade wszystko dzieci i młodzieży. Jedną z jego zasług jest utworzenie "Dyżurów Eucharystycznych" w celu promowania częstej Komunii świętej.

W Buenos Aires pozostał tylko trzy lata, od 1919 do 1922 roku, jednak i tam zostawił wdzięczne wspomnienie. Oprócz tego, że był rektorem, był proboszczem parafii św. Józefa Kalasancjusza, położonej w dzielnicy robotniczej liczącej 40.000 mieszkańców. Jeśli jako Rektor Kolegium, któremu parafia jest powierzona, O. Dionizy nie osiągnął tego, czego pragnął z powodu okoliczności niesprzyjających, to jako Proboszcz był wspaniały i osiągnął wiele sukcesów. W parafii, w głębokiej działalności apostolskiej, mógł lepiej rozwijać talenty zakonnika i kapłana.

Był człowiekiem nadzwyczajnej pobożności, kapłanem gorliwym, bezustannie zabiegającym o chwałę Bożą i zbawienie dusz. Parafia była dla niego idealnym polem dla wypełniania świętej posługi. Był wzorem proboszcza. Żył dla swoich wiernych. Nieustannie, nie bacząc na zmęczenie, pobudzał do pobożności, towarzyszył chorym, nie krył swojej gorliwości apostolskiej. Miał świadomość swojej odpowiedzialności i raczej by umarł - jak to uczynił w rzeczywistości - niż ją zdradził.

Cieszył się, widząc wybudowanie i poświęcenie bogatego ołtarza poświęconego św. Józefowi Kalasancjuszowi, patronowi parafii, wspaniały dar pani Inés Ortiz, wielkiej dobrodziejki, która sama poniosła koszty budowy kościoła.

W Buenos Aires O. Dionizy cieszył się imieniem dobrego Przełożonego i najlepszego dyrektora Kolegium, ale dał także dowód posiadania siły apostolskiej i umiejętności Proboszcza, świadomego swoich obowiązków.

Jego gorliwość tak wyraźnie ujawniona w Buenos Aires, w okolicznościach niesprzyjających, objawiła się na nowo w 1935 r., kiedy powierzono mu parafię w Peralta de la Sal.

Serce O. Dionizego nie mogło się nie wzruszyć wobec ciężkiej sytuacji, w której się znalazła parafia, po opuszczeniu jej przez Proboszcza.

Pozwólmy, że powie o tym teraz w liście, który wysłał do przyjaciela P. Angelo Aznar, w owym czasie proboszcza w Buenos Aires:

"Mam Ci do zakomunikowania nowinę, która z pewnością będzie miła dla wszystkich. Ponieważ rząd nie płaci proboszczom i lud nie myśli o tym, ponieważ nie są przyzwyczajeni i wychowani do tego, w rezultacie niektórzy księża opuszczają ludność i ci pozostają bez kapłanów. Tak stało się w Peralta de la Sal. Przez to traci się w znacznym stopniu wiarę i niszczy obyczaje w taki sposób, że wydaje się znaleźć na całkowitym pustkowiu. W tej sytuacji, pragnąc znaleść środek zaradczy.Biskupowi Urgell zaproponowano, aby mnie zamianował Proboszczem, zapytawszy wpierw o zgodę Ojca Prowincjała. Jego Ekscelencja dnia 21. 12. 1935r. zamianował mnie Zastępcą (Regentem) parafii w Peralta de la Sal, ponieważ we wszystkim robi się zmiany Proboszcza. Poproszono o mnie, dlatego pozwolono mi na wszystko i będę mógł nie tylko podtrzymać, ale także rozwijać wiarę tego ludu, tak bardzo ukochanego przez nas wszystkich."


Krótki czas był proboszczem w Peralta de la sal, ale wystarczająco, aby ujawnić swój entuzjazm i bezinteresowną troskę o wiernych jemu powierzonych.

Sekret jego gorliwości, jak również jego życia wewnętrznego, znajduje się w miłości jaką O. Dionizy miał do Chrystusa i dla Najświętszej Matki. Te miłości podtrzymywały go przez całe życie, a przede wszystkim w momentach próby i przed plutonem egzekucyjnym w "Plaza Mayor" w Monzón nocąą 25 lipca 1936 roku.


/ Fragment z P. Mario Carisio, Religiosi scolopi testimoni della fede,Roma 1989, s. 27 - 33/
O. Mario Carisio S.P.